poniedziałek, 20 marca 2017

S ł o w o


    S ł o w o 
   Zrymowane starożytną tercyną,
   jak  poemat Dantego "Boska komedia" 
   Spojrzenie z perspektywy, napisane 
   przez pryzmat obserwacji i własnych
   doświadczeń myślowych. Może ktoś 
   podzieli poglądy autora?
  

   S ł o w o   z   ż y c i o r y s u              
Czy mam się skarżyć czyli się radować.
Jedno na dobre drugie na złe wyszło.
Ni  jam wybraniec i nie tęga głowa,
Choć napełniona obfitą jest myślą.
Los tak przewrotny kierował jak ślepiec
I kręto ścieżkę życia mego kreślił.

Jedni się rodzą, a na główce czepiec
Matczyny drogę im znaczy proroczy.
Takim się w życiu los układa lepiej.
Sofia mądrości, gdy przed nimi kroczy,
Albo na takich wskaże palec Boży.
Moje zaś trwanie na ślepo się toczy.

Czy tak się zdarzy, że kiedyś otworzy
Słowa potomek, żeby antenata
Myśli i dzieje następcom odtworzyć?
Bo bezimienność  to największa strata.
Byłeś i jesteś, nic nie pozostanie.
Czas niepamięci, nawet nie poświatą.

 Był czas, że pamięć wisiała na ścianie,
Kroczyła drogą poprzez pokolenia.
Albo kroczyła w mowie i pisaniu.
Jak wszystko w świecie tradycja się zmienia.
Bo nas historia ugina i  łamie.
Ciągłości rodu nie ma się doceniać.

Nie byłaś łaskaw  Fortuno ty dla mnie.
Mógł los mój stać się przychylniejszy nieco.
Gdyby nie spadły, jak olbrzymi kamień,
Nam na ojczyznę, co nie jest fortecą,
Napaści wrogów,  jak przed laty wielu,
By niepodległość  już na trwałe przeciąć.

Miast zasiąść w ławie przed nauczycielem,
Rodzinę wiedzie w dale bojaźń wroga.
Ucieczka stała się wkrótce bez celu,
Jak uciążliwa jest powrotna droga.
Nadeszły lata agonii dziecięctwa,
Gdy świat ogarnia wojenna pożoga.

Dla dziecka wtedy najdotkliwsza klęska,
Kiedy rodzica najeźca niewoli
Nie miał kto wtedy uczyć syna męstwa,
I u zarania brak ojcowskiej soli.
Lecz  zegar tykał, a dusza tężała.
Aż czas usunął z progów naszych trolli.

Z martwych ojczyzna jak feniks powstała.
Wschodni sąsiedzi, obciążeni winą,
Wygnali wroga. Niech im za to chwała.
A przy nich polski żołnierz w walce ginął.
I ginął w dali, na śniegach i piaskach.
Aż zdobył klasztor na Monte Casino.

Życie zakwita we wioskach i miastach.
Nie ma już bicia za mowę ojczystą.
Tęsknota szkolna powszechnie  narasta.
Do szkolnej ławy przymierza się chłystek.
Ni mróz i śniegi nie staną na przekór.
Decyzją błyśnie samodzielnie bystrą.

Szkoła zapełni się młodzieńczą rzeką.
Wróg jest wypędzon, w klasach pełno gwaru. 
Szkoła się staje na lat kilka mekką.
Może zabłysnąć  polskiej mowy czarem.
Po latach strachu, chowania polskości,
Pójście do szkoły jest szczęśliwym darem.

Tu przez lat kilka w szkole autor gości.
Początki trudne, bez ołówka, książki.
Więc gęsim piórem pisać jest najprościej
Dla wszystkich wiedza teraz obowiązkiem.
Profesorowie nauką nas darzą.
Historia dla mnie najciekawszym kąskiem.

O podręcznikach  uczeń każdy marzy.
Okrutne pierwsze poczynania wroga.
Odebrać książki, bo stoją na straży
Temu co polskie, co każdemu drogie.
Chodzą po domach, piwnicach i strychach.
Chcą umysłową zasiać nam pożogę.

Nie trwały długo uczniów czasy wzdychań.
Już w ręku świeci historii podręcznik.
Jest i gazeta, z "kołchoźnika" słychać
Koncert  Chopina, jak radośnie dźwięczy.
I ojciec wraca po latach niewolnych,
On już nie taki, to jest cios największy.

Zniszczony pracą, i pojąć niezdolny
Nowego czasu, uczeń Piłsudskiego.
Rany wojenne goją się mozolnie.
Łatwo dostrzega  w Polsce wiele złego.
A syna cieszy wszystko, co się dzieje,
Żadnego wpływu to nie ma na niego.

Budują statki, wiatr od morza wieje.
Warszawa wzrasta na pustynnej stercie.
Po nocy ciemnej powieje nadzieją,
Koniec niedoli, naszej poniewierce.
Od wschodu przyszło  panowanie, władza.
Jedni się cieszą, innych boli serce.

Trzech panów wodzów na tacy nam dadzą,
Ojczyznę inną, jakby międzyrzecze.
Jedni u broni, inni tamtym kadzą.
Jednak powstała, nie da się zaprzeczyć.
Jedni w nieszczęściu, chcą odwrócić czasy.
Inni próbują zranienia wyleczyć.

Ci, co przeciwni, zapełnili lasy.
Ci, co padali, paleni w stodołach,
Rzucili miecze, zacisnęli pasa,
Bo ich do pracy ojczyzna zawoła.
Dziś zapomniani, tamci bohaterzy.
Pełni są zasług, weszli na cokoły.

Są podręczniki, coraz więcej przeżyć,
Wiedza do głowy jałowej napływa.
Oto jest Mieszko, aż nie chce się wierzyć,
Że na historii  kartach Polska bywa
Od lat tysiąca, a była po Odrę.
Prawdę o dziejach nareszcie odkrywam.

I jest uciecha, że to było dobre,
Że powróciła piastowska spuścizna.
Lwowska profesor  sączy dawki szczodre
Wiedzy. Na zawsze zagoi się blizna.
Tamę zadano. Historia przerywa
Napór germański, krzyżacką spuściznę.

Bolesne za to są wojenne żniwa.
Stolica w gruzach, brak zgody w narodzie.
Wojna domowa, zgoda niemożliwa.
Polak niezdolny żyć ze sobą w zgodzie?
Polski historia, która jest mi pasją,
Nasze nieszczęścia przypomina co dzień.

Bywa, że trudno ze zgryzoty zasnąć,
Że tak ojczyzna była ciemiężona.
To także chyba nasza wina własna.
Skoro tak wielka, pod ciosami kona
Sąsiadów, bo są sprzedajni wielmożni.
Nie pozostała po królach koron.

Polska z narodów najbardziej pobożna.
Wydała męża, prawie apostoła.
Pochwały znacznej przydać mu nie można,
Zmienić w aniołów rodaków nie zdołał.
Jego nauki poszły w zapomnienie.
Czy nie ma wyjścia z zaklętego koła?

Jak w tamtych latach, jedynym marzeniem
Mi było koniec  bratobójczej wojny,
Tak dzisiaj widać, że niewiele zmienia
Się w Polsce, chociaż świat  prawie spokojny.
Teraz pociski obelg w koło krążą.
Mnich lub polityk rzuca nimi hojnie.

Kula nie pada, ale słowa ciążą.
Oby nie nadszedł czas kulami znaczny.
Znaki już kwitną, czas ku temu dąży.
Historia mówi, nieszczęśnie się zacznie,
Za co nas ona nieszczęściami smaga?
O nowe będą dzieje nam bogatsze.

W księgach historii naszej smutna saga.
Coraz nas szarpał sąsiad czy  wyrodek
Własnego chowu. Wielekroć się zmagał
Władca czy naród  turbując się srodze
Z cudzym lub z własną nienawistną sforą.
  katastrofa zagrodziła drogę.

Ślęcząc nad kartą ksiąg historii, zmora
Dusiła tego, co głęboko sięgał
W dzieje, a dusza była srodze chora,
Gdy sromot znaki we foliałach zgłębiał,
Choć wiele było w dziejach tkanki męskiej
I towarzyszem też była potęga.

W zamęcie, który sprawili zwycięscy,
W ojczyznę wtóra katastrofa wali.
Tych, co odjęli nam śmiertelną klęskę,
Na zapomnienie po latach skazali,
Co spadek wzięli po narodu znoju.
Niby są wielcy, a jednak są mali.

 Pod polski słońcem znów nie ma pokoju
A miała wreszcie być normalność miła.
Swary się ciągną, nie ma końca bojów.
A ich przyczyną jest święta mogiła
A na mogile był taniec chocholi.
To nasza polskość wszystko to sprawiła.

W sromocie trwamy i w tym co nas boli.
Za wtóre śmierci na tej samej ziemi
I za ich bliskich, żyjących w niedoli,
Które im sprawił polityk przyziemny,
Modły wznosimy do naszych patronów.
Niech im jest pokój, a nam chleb codzienny.

Wszystkim modlącym należne ukłony.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz