S ł o w o
Zrymowane starożytną
tercyną,
jak poemat Dantego "Boska komedia"
Spojrzenie z perspektywy, napisane
przez pryzmat obserwacji i własnych
doświadczeń myślowych. Może ktoś
podzieli poglądy autora?
S ł o w o z ż
y c i o r y s u
Czy mam
się skarżyć czyli się radować.
Jedno na
dobre drugie na złe wyszło.
Ni jam wybraniec i nie tęga głowa,
Choć
napełniona obfitą jest myślą.
Los tak
przewrotny kierował jak ślepiec
I kręto
ścieżkę życia mego kreślił.
Jedni się
rodzą, a na główce czepiec
Matczyny
drogę im znaczy proroczy.
Takim się
w życiu los układa lepiej.
Sofia
mądrości, gdy przed nimi kroczy,
Albo na
takich wskaże palec Boży.
Moje zaś
trwanie na ślepo się toczy.
Czy tak
się zdarzy, że kiedyś otworzy
Słowa
potomek, żeby antenata
Myśli i
dzieje następcom odtworzyć?
Bo
bezimienność to największa strata.
Byłeś i
jesteś, nic nie pozostanie.
Czas
niepamięci, nawet nie poświatą.
Był czas, że pamięć wisiała na ścianie,
Kroczyła
drogą poprzez pokolenia.
Albo
kroczyła w mowie i pisaniu.
Jak
wszystko w świecie tradycja się zmienia.
Bo nas
historia ugina i łamie.
Ciągłości
rodu nie ma się doceniać.
Nie byłaś
łaskaw Fortuno ty dla mnie.
Mógł los
mój stać się przychylniejszy nieco.
Gdyby nie
spadły, jak olbrzymi kamień,
Nam na
ojczyznę, co nie jest fortecą,
Napaści
wrogów, jak przed laty wielu,
By
niepodległość już na trwałe przeciąć.
Miast
zasiąść w ławie przed nauczycielem,
Rodzinę
wiedzie w dale bojaźń wroga.
Ucieczka
stała się wkrótce bez celu,
Jak
uciążliwa jest powrotna droga.
Nadeszły
lata agonii dziecięctwa,
Gdy świat
ogarnia wojenna pożoga.
Dla
dziecka wtedy najdotkliwsza klęska,
Kiedy
rodzica najeźca niewoli
Nie miał
kto wtedy uczyć syna męstwa,
I u
zarania brak ojcowskiej soli.
Lecz zegar tykał, a dusza tężała.
Aż czas
usunął z progów naszych trolli.
Z
martwych ojczyzna jak feniks powstała.
Wschodni
sąsiedzi, obciążeni winą,
Wygnali
wroga. Niech im za to chwała.
A przy
nich polski żołnierz w walce ginął.
I ginął w
dali, na śniegach i piaskach.
Aż zdobył
klasztor na Monte Casino.
Życie
zakwita we wioskach i miastach.
Nie ma
już bicia za mowę ojczystą.
Tęsknota
szkolna powszechnie narasta.
Do
szkolnej ławy przymierza się chłystek.
Ni mróz i
śniegi nie staną na przekór.
Decyzją
błyśnie samodzielnie bystrą.
Szkoła
zapełni się młodzieńczą rzeką.
Wróg jest
wypędzon, w klasach pełno gwaru.
Szkoła
się staje na lat kilka mekką.
Może
zabłysnąć polskiej mowy czarem.
Po latach
strachu, chowania polskości,
Pójście
do szkoły jest szczęśliwym darem.
Tu przez
lat kilka w szkole autor gości.
Początki
trudne, bez ołówka, książki.
Więc
gęsim piórem pisać jest najprościej
Dla
wszystkich wiedza teraz obowiązkiem.
Profesorowie
nauką nas darzą.
Historia
dla mnie najciekawszym kąskiem.
O
podręcznikach uczeń każdy marzy.
Okrutne
pierwsze poczynania wroga.
Odebrać
książki, bo stoją na straży
Temu co
polskie, co każdemu drogie.
Chodzą po
domach, piwnicach i strychach.
Chcą
umysłową zasiać nam pożogę.
Nie
trwały długo uczniów czasy wzdychań.
Już w
ręku świeci historii podręcznik.
Jest i
gazeta, z "kołchoźnika" słychać
Koncert Chopina, jak radośnie dźwięczy.
I ojciec
wraca po latach niewolnych,
On już
nie taki, to jest cios największy.
Zniszczony
pracą, i pojąć niezdolny
Nowego
czasu, uczeń Piłsudskiego.
Rany
wojenne goją się mozolnie.
Łatwo
dostrzega w Polsce wiele złego.
A syna
cieszy wszystko, co się dzieje,
Żadnego
wpływu to nie ma na niego.
Budują
statki, wiatr od morza wieje.
Warszawa
wzrasta na pustynnej stercie.
Po nocy
ciemnej powieje nadzieją,
Koniec
niedoli, naszej poniewierce.
Od
wschodu przyszło panowanie, władza.
Jedni się
cieszą, innych boli serce.
Trzech
panów wodzów na tacy nam dadzą,
Ojczyznę
inną, jakby międzyrzecze.
Jedni u
broni, inni tamtym kadzą.
Jednak
powstała, nie da się zaprzeczyć.
Jedni w
nieszczęściu, chcą odwrócić czasy.
Inni
próbują zranienia wyleczyć.
Ci, co
przeciwni, zapełnili lasy.
Ci, co
padali, paleni w stodołach,
Rzucili
miecze, zacisnęli pasa,
Bo ich do
pracy ojczyzna zawoła.
Dziś
zapomniani, tamci bohaterzy.
Pełni są
zasług, weszli na cokoły.
Są
podręczniki, coraz więcej przeżyć,
Wiedza do
głowy jałowej napływa.
Oto jest
Mieszko, aż nie chce się wierzyć,
Że na
historii kartach Polska bywa
Od lat
tysiąca, a była po Odrę.
Prawdę o
dziejach nareszcie odkrywam.
I jest
uciecha, że to było dobre,
Że
powróciła piastowska spuścizna.
Lwowska
profesor sączy dawki szczodre
Wiedzy.
Na zawsze zagoi się blizna.
Tamę
zadano. Historia przerywa
Napór
germański, krzyżacką spuściznę.
Bolesne
za to są wojenne żniwa.
Stolica w
gruzach, brak zgody w narodzie.
Wojna
domowa, zgoda niemożliwa.
Polak
niezdolny żyć ze sobą w zgodzie?
Polski
historia, która jest mi pasją,
Nasze
nieszczęścia przypomina co dzień.
Bywa, że
trudno ze zgryzoty zasnąć,
Że tak
ojczyzna była ciemiężona.
To także
chyba nasza wina własna.
Skoro tak
wielka, pod ciosami kona
Sąsiadów,
bo są sprzedajni wielmożni.
Nie
pozostała po królach koron.
Polska z
narodów najbardziej pobożna.
Wydała
męża, prawie apostoła.
Pochwały
znacznej przydać mu nie można,
Zmienić w
aniołów rodaków nie zdołał.
Jego
nauki poszły w zapomnienie.
Czy nie
ma wyjścia z zaklętego koła?
Jak w
tamtych latach, jedynym marzeniem
Mi było
koniec bratobójczej wojny,
Tak
dzisiaj widać, że niewiele zmienia
Się w
Polsce, chociaż świat prawie spokojny.
Teraz
pociski obelg w koło krążą.
Mnich lub
polityk rzuca nimi hojnie.
Kula nie
pada, ale słowa ciążą.
Oby nie
nadszedł czas kulami znaczny.
Znaki już
kwitną, czas ku temu dąży.
Historia
mówi, nieszczęśnie się zacznie,
Za co nas
ona nieszczęściami smaga?
O nowe
będą dzieje nam bogatsze.
W
księgach historii naszej smutna saga.
Coraz nas
szarpał sąsiad czy wyrodek
Własnego
chowu. Wielekroć się zmagał
Władca
czy naród turbując się srodze
Z cudzym
lub z własną nienawistną sforą.
Aż katastrofa zagrodziła drogę.
Ślęcząc
nad kartą ksiąg historii, zmora
Dusiła
tego, co głęboko sięgał
W dzieje,
a dusza była srodze chora,
Gdy
sromot znaki we foliałach zgłębiał,
Choć
wiele było w dziejach tkanki męskiej
I
towarzyszem też była potęga.
W
zamęcie, który sprawili zwycięscy,
W
ojczyznę wtóra katastrofa wali.
Tych, co
odjęli nam śmiertelną klęskę,
Na
zapomnienie po latach skazali,
Co spadek
wzięli po narodu znoju.
Niby są
wielcy, a jednak są mali.
Pod polski słońcem znów nie ma pokoju
A miała
wreszcie być normalność miła.
Swary się
ciągną, nie ma końca bojów.
A ich
przyczyną jest święta mogiła
A na
mogile był taniec chocholi.
To nasza
polskość wszystko to sprawiła.
W
sromocie trwamy i w tym co nas boli.
Za wtóre
śmierci na tej samej ziemi
I za ich
bliskich, żyjących w niedoli,
Które im
sprawił polityk przyziemny,
Modły
wznosimy do naszych patronów.
Niech im
jest pokój, a nam chleb codzienny.
Wszystkim
modlącym należne ukłony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz