Następnych
kilka refleksji wysnutych z gorzkich wspomnień.Ułożone byle jak dla
podobnie myślących i o podobnych rozterkach. Może zakłócą komuś
spokój duszy lub staną się źródłem dawnych niepokojów.
N a s z e c r e d o
Głośno
szemrzą krople fontanny,
Cieszy
się lud radości pełen.
Tam
spacerują chłopcy i panny,
Tu się
uczony trudzi nad dziełem.
Jedni
słuchają śpiewu sopranu,
Inni
wpatrzeni w witraż w katedrze.
Jeden
dzień jeszcze płynie za nami.
Noc.
Mroku żaden huk nie rozedrze.
Tylko w
oddali, na końcu świata,
Tam
wybuch bomby rozdziera ciszę,
Kwilenie
dziecka Ziemię oblata.
Ach, to
kwilenie do snu kołysze.
Niech
wreszcie zmiotą bojowi chłopcy
Zmartwiałe
matki, głodne pociechy.
Tamten
świat dla nas jest całkiem obcy.
Nie
będzie dziecka, nie będzie grzechu.
My swoje
mamy kłopoty w domu.
Tylu o
władzę się z sobą targa.
Dano nam
władzę, nie dać nikomu,
Słowa
pociechy mamy na wargach.
Pociecha
także wielkim jest darem.
Modlitwę do
niej łączym intymną
Czyż nie
jest naszą wielką ofiarą
Gdy za
was w niebo głosy popłyną
Przestroga dla wielu
Krople gradu nietopliwe
Gromem
spadły
Gorzkie
zostało żniwo
Gorzkie
owoce
W pamięci
bezradnej
Bezsenne
noce
Wiosennym
nie spadną deszczem
Takim co
chłodzi czoło
Tęskniący
umysł nie popieści
Przyjaznych
słów naręcze
Dane
sobie pospołu
Żałość to
największa
Taka
przewrotność się zdarza
Ze słów
przekornych zwierzenia
Strażnik
sumień nakaże
Milczenia
pokutne
Naszedł
czas cienia
Okrutny
Niechaj
zasłona mgielna
Koi grzeszników jaźnie
O jakie
bywają celne
Strzały z
dalekiej nawy
Odejmujące
przyjaźnie
A serce
niechaj krwawi
Daleki
strażniku sumień
Nierozumna
postaci
Dziura w
twoim rozumie
A słowa
zabójcze
Niech ci
Pan wybaczy
Za ciebie
cierpiał w Ogrójcu
M a r t w y l i s t
Przyjdź pani łaskawa
Na
skrzydłach wiatru
Z głębi
historii
Greckiego
teatru
Jak Lesba
czy Pindar
Niech
stworzę trzy strofy
O takiej
co mocno
Mnie
kiedyś pokocha
Poniosę w
przestrzenie
Gdzie
ogród edenu
Tam tylko
miłość
Będzie
nam menu
Ten wiesz
napisany
Miał być
przed laty
Gdybym
napisał
Doznał
bym zapłaty
Ten
wiersz zapóźniony
Tylko
wspomnieniem
Odległym
gestem
Motylim
cieniem
S ł o w o k o j ą c e
Zgrzyta mi piasek w zębach
Wiatry
wiały zaradne
Niosły skręcone losy
Od
śnieżnych zasp
I
przerębli
I piaski
niosły
Źdźbło
uwiera w powiece
Wiatr z zarośli przywiewa
Łzy nikt
nie obetrze
Chustą
życzliwą
Na kogo
czekać na wietrze
Schowany
w krzewach?
Zeschłe
przekwitłe ziele
Chrzęści
pod stopą gołą
Patyk
palec kaleczy
Dzwon w
dalekim kościele
Na
pożegnanie woła
Księżyc z
martwą połową
Zimną się chmurą zasłania
Będzie mi
dzisiaj smutno
Szeptem
proszę o słowo
Z
dalekiej przystani
Bo słowa
są jak łańcuszki
Ich
brzmienie to jak melodia
Łączą i
koją zamknięcie
Gdy się
rozleje na duszy
I się
zamyka co dnia
N i e w y s ł a n y w i e r s z
Wiesz, jak łowiłem twoje spojrzenie
I
całowałbym nawet twe cienie?
Wiesz,
jak chłonąłem zapachy twych włosów,
Bo były
wonią pszenicznych kłosów.
Każde
dotknięcie i gest twojej ręki
To
podarunek był dla mnie piękny.
Gdy na
twej twarzy złożyłem usta,
To było
jakbym dotykał bóstwa.
Wzajemne
hołdy skąd szepty płyną.
Teraz już
jesteś moją jedyną.
Rąbek odzienia twego uchylam.
O jaka
piękne była ta chwila!
Twarzą
przylegam do twego ciała,
Pieszczoty
takiej oczekiwałaś.
Bądź
dzisiaj dla mnie jak najłaskawsza.
Pozostańmy z sobą na zawsze.
Cóż!
Tylko było to marzeń tchnienie.
Zaległo w
duszy bolesnym cieniem.
Co
napisałem, wypuszczę z dymem.
Czemu nie
stałaś się ze mną rymem?
Zalety
sztucznego syna
Zaniechaj
spowiedzi
Synu
zastępczy.
Nie bój
się racji
To grzech największy
Tyś ekran
martwy.
Za tobą
pół świata.
Wołam
wołam!
On nie
odpowiada
Mowa w
jedną stronę
Grzechem
jest i moim.
Dialog niech milknie,
Gdy ktoś
się go boi
Prawda
wyrasta,
Gdy jest
dialego.
Prawdy
się obawia,
Kto słów
się wystrzega.
U ciebie,
zastępczy,
Nie liczę
na kontry.
Choć, gdy dialego,
Bardziejśmy są mądrzy.
Są obcy
ojcowie,
Z jedną
słuszną linią.
U nie
swoich synów,
Spustoszenie
czynią.
Lub zjawi
się idol,
Co ma
linie słuszną.
Taki jest
gotowy
Cudzą
myśl udusić.
O synu
zastępczy,
Jesteś
mi jak lustro.
Z sobą
samym można
Toczyć rozmów mnóstwo
S p a d e k
Spojrzenia
ze studenckiej ławy
Były i
były i były
Tamte
niezbyt łaskawe
Gwoździem
utkwiły
Niewiele
słów padało z ust
Nie żadne
tam szepty
Szorstkie
jak chrust
Nie
słyszane przedtem
Jeden
spacer od niechcenia
A tu
kolorowy kram
Fiołkowo
się mieni
To
bukiecik dam
Przyjąć
nie należy
Przyjęcie
zły znak
Odpowiada
szczerze
Na moje
tak
Spojrzenia
już ukradkiem
Ucieczki
co chwilkę
Pozostało
w spadku
Zrymowanych
słów kilka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz