czwartek, 23 marca 2017

Rymy wieczorne

Październik 2016
Nowe rymy pisane w coraz większym pospiechu, a więc i coraz mniej poprawne, o coraz bardziej zagmatwanej, nieaktualnej lub marginalnej treści, czy wręcz "nikiforowe", układane dla wypełnienie jakąś myślą naczynia duszy, jak pusty puchar niedojrzałym winem, z nadzieją dotarcia z tymi refleksjami do tego i tych, którzy są  coraz bardziej daleko. Może jest w tym ręka kogoś tym zainteresowanego?
Być może któremuś  z wrażliwych internautów, te osobiste, układanki, jeśli je zechce zaakceptować, uruchomią ich własne duchowe, rozterki? 
 
          M o j e   t w a r z e

Wszystkim zapewne taka rzecz się zdarza
Że nosi w sobie wielu ludzkich twarzy

Pierwsza jest twarzą o madonny rysach
Ja ją pamiętam przez lata do dzisiaj

Jak mi nuciła kołysankę  tkliwą
I odchodziła w krainę szczęśliwą

I starowiny com odwiedzał chłopcem
Twarz tę pamiętam najpewniej najmocniej

Dziecko dość wcześnie zapała miłością
W głowie mi nadal pewna twarz wciąż gości

Nie dane było uszczknąć z nią ni słowa
Był tylko uśmiech to szczęścia połowa

Niechaj i taką tutaj twarz wysławię
Tę co świeciła mi na szkolnej ławie

Od tej z obrazka z starej fotografii
Do dziś oderwać wzroku nie potrafię

I tkwią mi rysy twarzy z rzeźby greckiej
Każdy powinien znać  tę twarz koniecznie

I ta z obrazu z tajemnym uśmiechem
Jej nie pamiętać jest prawdziwym grzechem

W głębinie noszę bólem ukwieconą
Tej  co nie chciała stać się moją żoną

I pani co mię wiedzą obdarzała
Jej słowa tkwią mi w głowie niby skała

Wreszcie pewną podziwiam twarz co dzień
By ją oglądać stałem się jej godzien

Lecz tą jedyną tę od urodzenia
Nigdy na inna w pamięci nie zmienię

I będę nosił  obraz Twojej  twarzy
Na zawsze  dobry Bóg  mnie ją obdarzył

Lecz się zdarzają i takie oblicza
Pod ich powierzchnią druga tajemnicza

Potrzeba czynów i potrzeba laty
By drugie poznać na powolne raty

  Pierwsza zima wolności

W zamierzchłych latach
Młodości
Nie wypadało na desce spać
 Najprościej
Słoma i siennik
W warsztacie
Na ścianach szać
Nieprzyjemna
On
Towarzysz sołdek *
Ja
Się kształcę
We dnie i
Pod kołdrą
On ma palce
We farbach
Póki nie spłynie
Płyń po morzach i oceanach
I tak aż przez zimę
Uczeń z  malarzem
Zgięci pod kołdrą
Nikt z nas nie zamarzł
Mieszkali razem

*Sołdek - nazwa pierwszego
  statku zbudowanego  w  Polsce

 Tam mógł być raj

W Gdańsku
Na ulicy Wałowej
Kto cię pamięta
Prozaiczna ulico
Ulica zagubiona
Do dziś mnie zachwyca
Do dziś mnie uwiera
Ani nie piękna
Ta pierwsza moja ulica
Kto pamięta
Niewielu
Tylko ja
I może dwóch
I  może jedna
Zmurszała
I ty przyjacielu?
O znaczącym nazwisku
Jedynym wśród wielu
Tak nam było blisko
A  ty niedostępna
Ty nieuchwycona
Pamięć po cię piękna
Wciąż nie  zagubiona
Tam skrzywione losy
Spłonęły na stosie

  M y ś l i c i e l

Siedzi na postumencie
Obmywany deszczem
Mrozami  skuwany
Palony słońcem
Skrywa twarz
Nie zajrzę mu w oczy
Opuszczone w nicość
A myśli kłąb
Tkwi w twardym brązie
A myśli ogrom
Wielki jak kosmos
Co czynisz bracie
Co czynisz bratu
Troska poety
Znak bramy piekieł?
I ból mój w głębi
Pod twardym czołem
Mój ból tożsamy
Twój nad losami
Mój ból prywatny
Cierpieć mi przyszło
U śnięcia progu
Progu rannego
W czasy zimowe
I późne zmierzchy
Po słów zakazie
Cichym rabunku
Szalbierskim dziele
Pozostał tylko
Myślowy granit
Podpieram głowę
Pięścią żylastą
Jak ty w zadumie
Jak ty skamieniały
Ty świadczyć będziesz
Przez pokolenia
Myślą tajemną
Nieodgadnioną
A mój dylemat
Nie warty wiersza
Nie wart metalu
Gdy  będę próchnem
Zejdzie w podziemie
Nad którym dumasz
Pilnując bramy
Dla wielu z nas
Francuski mężu
Masz we mnie brata

  D w i e   p e r ł y

Tam były piękne mury 
I na nich malowidła
Bomby spadały  góry
Tego nikt nie przewidział
Mieszczanie drżeli
Pod kołdrami  z pierza
Na morzu uciekinierzy
Ci szczęścia też nie mieli
Gdy pocisk uderzy
Pewnie szepcą pacierze
Pytam:
Mury zburzono  po  co
Poszła  o nie wojna
Armada spada nocą
Wsi wesoła  wsi spokojna
Północna zmiana
Katedra traci dach
Nie wrócą w gruzowiska
Co potonęli w snach
Dramaty  oba blisko
A mury zieją zieją
 Wiatr wieje bez nadzi
W bryzie fala unosi
Z pod wody dzieci głosy
W to puste rumowisko
To w darze dla nas wszystko

O ludzie od kielni
O ludzie od pędzla
Kładli cegły dzielnie
Nie bali się nędzy
To nie nasze miasto
Mało naszej mowy
 Teraz nam wyrasta
Polska odbudowa
Po coś przyjacielu
Poturbował łuki
Murów jednak  wiele
Choć sie gnieżdżą kruki
Na złość tobie "bracie"
Mury znów zaświecą
Piekło w domu da ci
Popiół z pieca    

Nie lepsi przyrodni
Wtarte w ziemię perły
 Bo odwetu godni
Za rabunki w świecie
Przetopione berła
Zwinger w ziemię zmiećcie
Za dzwon zdjęty z wierzy
Nad krajami swądy
Miliony żołnierzy
Między sobą błądzi
Na skraju pokoju
Bagnety wyszczerzy
Może im zagłada
Przenicuję sądy
Cios ostatni zada
Więcej nie pobłądzą

M i l c z e n i e
         
Nie dotknąłem twoich dłoni
A były tak blisko
Nie spojrzałem  w twoje oczy
Były samotne w samotności
 Nie byłem przy tobie
W chwilach najważniejszych
Wkradła się zapora
Milczenie bywa twarde

Słów było niewiele
Od czasu do czasu
Ani w niedzielę
Ani przy obiedzie
Mrok tkwił w świetle lamy
Zdmuchnął ją bieg rzeczy
Słowa były skąpe
Nie te co brzmieć miały
Los rozdzielił biegi
Każdy biegł oddzielnie
To zabrakło wiązki
Zbrakło bliskich zdań
Pozostały smutki
Narodził się żal
Taki nam zrządzili
Bogiń mrocznych złości
Tkwił gdzieś w głębi
Brak odważnych chęci
Czas nam dusze zziębił
Zgasił głos miłości

 P i s a n i e    w i e r s z y

Wiersze piszą się we śnie
By dzień był ciekawszy
Szum traw będzie śpiewny
I myśli radosne
Wiersze piszą w pociągu
Gdy las w okna patrzy
A  z naprzeciw pasażer
Drzemkę ucina
Takie podróże kształcą
Perony bywają weselsze
I koniec podróży
Nadchodzi niespodzianie

Wiersze piszą gdziekolwiek
Poeci zawodowi
Bo płynie natchnienie
A warsztat poetycki
Maja wyrobiony
Takiemu wydrukują
Nawet wiersz bez sensu

Wiersze pisze się nocą
By nikt ich nie słyszał
Nawet żona
Co jest podejrzliwa
Gdy mąż oddycha zbyt cicho

 Epitafium na śmierć gołębicy

Szepcę i wyciągam dłonie,
Może do spojrzenia cię ku mnie skłonię.

Siedzisz bez ruchu pośród trawy.
Może towarzysz cię pozostawił?

Noce przesypiasz na konarze,
 Samotny gołąb, to się nie zdarza.

Nie  pogardź szczyptą pokarmu
Ni płynem, bo jest dzień skwarny.

Gdzie się podziała gołębica?
Od dzisiaj już nie zachwyca.

Martwa spoczywa u płota.
Usnęła. Śmierć lepsza a nie tęsknota.

Pisze jej epitafium.
Najlepiej jak potrafię.





















 




poniedziałek, 20 marca 2017

S ł o w o


    S ł o w o 
   Zrymowane starożytną tercyną,
   jak  poemat Dantego "Boska komedia" 
   Spojrzenie z perspektywy, napisane 
   przez pryzmat obserwacji i własnych
   doświadczeń myślowych. Może ktoś 
   podzieli poglądy autora?
  

   S ł o w o   z   ż y c i o r y s u              
Czy mam się skarżyć czyli się radować.
Jedno na dobre drugie na złe wyszło.
Ni  jam wybraniec i nie tęga głowa,
Choć napełniona obfitą jest myślą.
Los tak przewrotny kierował jak ślepiec
I kręto ścieżkę życia mego kreślił.

Jedni się rodzą, a na główce czepiec
Matczyny drogę im znaczy proroczy.
Takim się w życiu los układa lepiej.
Sofia mądrości, gdy przed nimi kroczy,
Albo na takich wskaże palec Boży.
Moje zaś trwanie na ślepo się toczy.

Czy tak się zdarzy, że kiedyś otworzy
Słowa potomek, żeby antenata
Myśli i dzieje następcom odtworzyć?
Bo bezimienność  to największa strata.
Byłeś i jesteś, nic nie pozostanie.
Czas niepamięci, nawet nie poświatą.

 Był czas, że pamięć wisiała na ścianie,
Kroczyła drogą poprzez pokolenia.
Albo kroczyła w mowie i pisaniu.
Jak wszystko w świecie tradycja się zmienia.
Bo nas historia ugina i  łamie.
Ciągłości rodu nie ma się doceniać.

Nie byłaś łaskaw  Fortuno ty dla mnie.
Mógł los mój stać się przychylniejszy nieco.
Gdyby nie spadły, jak olbrzymi kamień,
Nam na ojczyznę, co nie jest fortecą,
Napaści wrogów,  jak przed laty wielu,
By niepodległość  już na trwałe przeciąć.

Miast zasiąść w ławie przed nauczycielem,
Rodzinę wiedzie w dale bojaźń wroga.
Ucieczka stała się wkrótce bez celu,
Jak uciążliwa jest powrotna droga.
Nadeszły lata agonii dziecięctwa,
Gdy świat ogarnia wojenna pożoga.

Dla dziecka wtedy najdotkliwsza klęska,
Kiedy rodzica najeźca niewoli
Nie miał kto wtedy uczyć syna męstwa,
I u zarania brak ojcowskiej soli.
Lecz  zegar tykał, a dusza tężała.
Aż czas usunął z progów naszych trolli.

Z martwych ojczyzna jak feniks powstała.
Wschodni sąsiedzi, obciążeni winą,
Wygnali wroga. Niech im za to chwała.
A przy nich polski żołnierz w walce ginął.
I ginął w dali, na śniegach i piaskach.
Aż zdobył klasztor na Monte Casino.

Życie zakwita we wioskach i miastach.
Nie ma już bicia za mowę ojczystą.
Tęsknota szkolna powszechnie  narasta.
Do szkolnej ławy przymierza się chłystek.
Ni mróz i śniegi nie staną na przekór.
Decyzją błyśnie samodzielnie bystrą.

Szkoła zapełni się młodzieńczą rzeką.
Wróg jest wypędzon, w klasach pełno gwaru. 
Szkoła się staje na lat kilka mekką.
Może zabłysnąć  polskiej mowy czarem.
Po latach strachu, chowania polskości,
Pójście do szkoły jest szczęśliwym darem.

Tu przez lat kilka w szkole autor gości.
Początki trudne, bez ołówka, książki.
Więc gęsim piórem pisać jest najprościej
Dla wszystkich wiedza teraz obowiązkiem.
Profesorowie nauką nas darzą.
Historia dla mnie najciekawszym kąskiem.

O podręcznikach  uczeń każdy marzy.
Okrutne pierwsze poczynania wroga.
Odebrać książki, bo stoją na straży
Temu co polskie, co każdemu drogie.
Chodzą po domach, piwnicach i strychach.
Chcą umysłową zasiać nam pożogę.

Nie trwały długo uczniów czasy wzdychań.
Już w ręku świeci historii podręcznik.
Jest i gazeta, z "kołchoźnika" słychać
Koncert  Chopina, jak radośnie dźwięczy.
I ojciec wraca po latach niewolnych,
On już nie taki, to jest cios największy.

Zniszczony pracą, i pojąć niezdolny
Nowego czasu, uczeń Piłsudskiego.
Rany wojenne goją się mozolnie.
Łatwo dostrzega  w Polsce wiele złego.
A syna cieszy wszystko, co się dzieje,
Żadnego wpływu to nie ma na niego.

Budują statki, wiatr od morza wieje.
Warszawa wzrasta na pustynnej stercie.
Po nocy ciemnej powieje nadzieją,
Koniec niedoli, naszej poniewierce.
Od wschodu przyszło  panowanie, władza.
Jedni się cieszą, innych boli serce.

Trzech panów wodzów na tacy nam dadzą,
Ojczyznę inną, jakby międzyrzecze.
Jedni u broni, inni tamtym kadzą.
Jednak powstała, nie da się zaprzeczyć.
Jedni w nieszczęściu, chcą odwrócić czasy.
Inni próbują zranienia wyleczyć.

Ci, co przeciwni, zapełnili lasy.
Ci, co padali, paleni w stodołach,
Rzucili miecze, zacisnęli pasa,
Bo ich do pracy ojczyzna zawoła.
Dziś zapomniani, tamci bohaterzy.
Pełni są zasług, weszli na cokoły.

Są podręczniki, coraz więcej przeżyć,
Wiedza do głowy jałowej napływa.
Oto jest Mieszko, aż nie chce się wierzyć,
Że na historii  kartach Polska bywa
Od lat tysiąca, a była po Odrę.
Prawdę o dziejach nareszcie odkrywam.

I jest uciecha, że to było dobre,
Że powróciła piastowska spuścizna.
Lwowska profesor  sączy dawki szczodre
Wiedzy. Na zawsze zagoi się blizna.
Tamę zadano. Historia przerywa
Napór germański, krzyżacką spuściznę.

Bolesne za to są wojenne żniwa.
Stolica w gruzach, brak zgody w narodzie.
Wojna domowa, zgoda niemożliwa.
Polak niezdolny żyć ze sobą w zgodzie?
Polski historia, która jest mi pasją,
Nasze nieszczęścia przypomina co dzień.

Bywa, że trudno ze zgryzoty zasnąć,
Że tak ojczyzna była ciemiężona.
To także chyba nasza wina własna.
Skoro tak wielka, pod ciosami kona
Sąsiadów, bo są sprzedajni wielmożni.
Nie pozostała po królach koron.

Polska z narodów najbardziej pobożna.
Wydała męża, prawie apostoła.
Pochwały znacznej przydać mu nie można,
Zmienić w aniołów rodaków nie zdołał.
Jego nauki poszły w zapomnienie.
Czy nie ma wyjścia z zaklętego koła?

Jak w tamtych latach, jedynym marzeniem
Mi było koniec  bratobójczej wojny,
Tak dzisiaj widać, że niewiele zmienia
Się w Polsce, chociaż świat  prawie spokojny.
Teraz pociski obelg w koło krążą.
Mnich lub polityk rzuca nimi hojnie.

Kula nie pada, ale słowa ciążą.
Oby nie nadszedł czas kulami znaczny.
Znaki już kwitną, czas ku temu dąży.
Historia mówi, nieszczęśnie się zacznie,
Za co nas ona nieszczęściami smaga?
O nowe będą dzieje nam bogatsze.

W księgach historii naszej smutna saga.
Coraz nas szarpał sąsiad czy  wyrodek
Własnego chowu. Wielekroć się zmagał
Władca czy naród  turbując się srodze
Z cudzym lub z własną nienawistną sforą.
  katastrofa zagrodziła drogę.

Ślęcząc nad kartą ksiąg historii, zmora
Dusiła tego, co głęboko sięgał
W dzieje, a dusza była srodze chora,
Gdy sromot znaki we foliałach zgłębiał,
Choć wiele było w dziejach tkanki męskiej
I towarzyszem też była potęga.

W zamęcie, który sprawili zwycięscy,
W ojczyznę wtóra katastrofa wali.
Tych, co odjęli nam śmiertelną klęskę,
Na zapomnienie po latach skazali,
Co spadek wzięli po narodu znoju.
Niby są wielcy, a jednak są mali.

 Pod polski słońcem znów nie ma pokoju
A miała wreszcie być normalność miła.
Swary się ciągną, nie ma końca bojów.
A ich przyczyną jest święta mogiła
A na mogile był taniec chocholi.
To nasza polskość wszystko to sprawiła.

W sromocie trwamy i w tym co nas boli.
Za wtóre śmierci na tej samej ziemi
I za ich bliskich, żyjących w niedoli,
Które im sprawił polityk przyziemny,
Modły wznosimy do naszych patronów.
Niech im jest pokój, a nam chleb codzienny.

Wszystkim modlącym należne ukłony.